Wstecz

Zapis historii powstawania kościoła św. Józefa Robotnika w Łazach

HISTORIA BUDOWY KOŚCIOŁA W ŁAZACH

(z zapisu w Kronice Parafialnej)

     Wioska Łazy, należąca do parafii Grodziec Śl., licząca obecnie około 400 parafian (1970 rok) ze względu na swoje niekorzystne położenie geograficzne – znaczne odległości, brak drogi i połączenia – była bardzo upośledzona, zwłaszcza pod względem religijnym. Przez dziesiątki lat z pogrzebem trzeba było iść po bezdrożach albo na cmentarz do Bielowicka, albo do Grodźca. Tak samo wierni, aby uczestniczyć we mszy św. musieli pokonywać długą, niewygodną drogę do kościoła parafialnego, gdyż w kościele filialnym w Bielowicku odbywały się nabożeństwa nieregularnie, a nieraz nawet z długimi przerwami. To b yło przyczyną, że tamtejsi parafianie postanowili za wszelką cenę w Łazach założyć przynajmniej cmentarz. Inspiratorem tego był ks. prob. Józef Łomozik. Powstał komitet budowy cmentarza, który dopiero po kilku latach targów i rozmaitych trudności zakupił na ten cel odpowiedni teren. Dnia 22 sierpnia 1930 roku przybywa do Łaz Komisja ze Starostwa Bielskiego, by zadecydować o przydatności wyznaczonej parceli na cmentarz. Po kilkuletnich kłopotach Starostwo w Bielsku zatwierdziło lokalizację cmentarza dnia 13. VIII 1937. W tym roku wybudowano na cmentarzu kostnicę na polecenie Starostwa Bielskiego. Założenie cmentarza i zbudowanie kostnicy to wielkie wydarzenie w historii wioski Łazy.

     Ten sam komitet zaczął się krzątać koło budowy kościoła filialnego w Łazach. Parcelę pod kościół nabył łącznie z parcelą przeznaczoną na cmentarz. Projekt kościoła wykonał inż. Szołdra z Bielska. Projekt został zatwierdzony przez Starostwo w Bielsku dnia 2. VI 1938. Na tej podstawie przystąpiono do budowy kościoła jesienią 1938 r., zwłaszcza, że Komitet posiadał znaczną gotówkę, którą ofiarował na budowę kościoła były prob. Józef Łomozik, wielki dobroczyńca parafii i budowniczy kościoła parafialnego. Najprzód trzeba było uporządkować parcelę, która stanowiła nieużytek z powodu nierówności i głębokich dołów. Założono fundamenty i częściowo zgromadzono materiał na dalszą budowę. Niestety wojna, która wybuchła 1. września 1939 r., przerwała prace budowlane. W czasie wojny i zaraz po wojnie materiał został rozgrabiony. Pozostały tylko fundamenty i to mocno uszkodzone przez działania wojenne. Zaraz po wojnie tamtejsi parafianie starali się usuwać uszkodzenia w swoich domach i gospodarstwach, jakie powstały w czasie walk frontowych. Dopiero po kilku latach oczy wszystkich zwróciły się ku miejscu rozpoczętego kościoła. Pilną sprawą było zabezpieczyć niszczejące fundamenty a następnie gromadzić materiał, a przede wszystkim uzyskać zezwolenie na kontynuowanie budowy. Niewątpliwie, gdyby przystąpiono do tych spraw bezpośrednio po wojnie, na pewno nie powstałoby tyle trudności, co w czasie późniejszym. Możnaby budować dalej na podstawie zezwolenia przedwojennego, gdyż nikt by się tym nie interesował. Również i materiału było pod dostatkiem. Fundamenty zabezpieczono częściowo dopiero w 1955 roku. Nowy Komitet budowy Kościoła zawiązał się w 1954 roku, który miał zbierać fundusze, gromadzić materiał i starać się o zezwolenie na dalszą budowę.

     Komitet na czele z ob. Józefem Wątrobą zjawił się w jedną niedzielę maja 1954 r. na probostwie i poinformował mnie o historii dotychczasowej budowy i o planach na przyszłość, prosząc tylko o wyrażenie zgody na jego działalność. Dla mnie było to wszystko nowością, bo dopiero od miesiąca objąłem urzędowanie jako proboszcz parafii. Oczywiście zgodziłem się na wszystko i pochwaliłem inicjatywę zebranych, a nadto przyrzekłam poparcie o ile to tylko będzie możliwe, gdyż sam byłem bez reszty zaangażowany remontami: kościoła parafialnego, kościoła filialnego w Bielowicku i na Bierach oraz walącego się probostwa. Komitet miał jak najlepsze chęci, ale niestety nie zdawał sobie sprawy z trudności nabycia materiału, funduszów potrzebnych, a zwłaszcza uzyskania zezwolenia na budowę u Władz Wojewódzkich. Komitet zaczął działać. Aby zapewnić stały dochód parafianie w Łazach zostali opodatkowani i co miesiąc płacili składki na budowę kościoła. Zakupiono cement i zabezpieczono fundamenty. Gospodarze mający las ofiarowali 14 m3 drewna, które zostało przetarte na deski, wypalono również 17 tys. cegły. Równocześnie czyniłem starania, aby uzyskać formalne pozwolenie na budowę. Kilkakrotnie wyjeżdżałem z delegacją parafian do powiatu, a następnie do Województwa w tej sprawie. W czasie pobytu w Wydziale do Spraw Wyznań w Katowicach, Kierownik tego wydziału oświadczył nam ustnie, jeśli chodzi o dokończenie budowli rozpoczętej przed wojną, to ją możecie wykończyć. Opierając się na tym oświadczeniu przystąpiliśmy do pracy w 1957 r. mając sporo zgromadzonego materiału. Do jesieni 1957 r. wybudowaliśmy na istniejących fundamentach prezbiterium oraz dwie boczne ściany na wysokość 1 m. Dla zasilenia kasy poszczególni członkowie Komitetu Budowy udali się do sąsiednich parafii z prośbą o jednorazową ofiarę. Wynik tej zbiórki nie był zadawalający. Pełni jednak nadziei postanowiliśmy kontynuować budowę w roku 1958. Niestety dnia 4. marca 1958 otrzymaliśmy pismo z Powiatowej Architektury wstrzymujące dalszą budowę. Aby zabezpieczyć materiał, parcelę budowlaną ogrodziłem płotem siatkowym, zaś materiał rozrzucony na różnych miejscach został uporządkowany i zgromadzony na jednym miejscu. To spowodowało wydanie drugiego pisma z dania 4. VIII 1958 zakazującego nam wstępu na plac budowy. Przyjechała specjalna Komisja z Powiatu razem z Komendantem Milicji i nałożyła plomby na mury oraz zaplombowała bramę wejściową na teren budowy. W tym czasie został ogrodzony również cmentarz płotem siatkowym. Był zwyczaj od czasu nabycia parceli pod budowę kościoła, że raz w roku w pierwszą czy drugą niedzielę lipca odbywała się tam msza św. pod gołym niebem za zezwoleniem Kurii Diecezjalnej. Mimo zakazu budowy Mszę św. odprawialiśmy nadal. Po upływie paru miesięcy zerwaliśmy plomby i dostaliśmy się na plac budowy, gdzie właśnie w obrębie fundamentów odbywało się nabożeństwo. W roku 1960 została ta msza św. zakwestionowana. Nadto zostałem wezwany do Kolegium na rozprawę jako obwiniony zwołania zgromadzenia pod goły niebem bez zezwolenia Władz Powiatowych oraz odprawienia nabożeństwa w miejscu zagrażającym niebezpieczeństwem dla zdrowia i życia. Kolegium ukarało mnie grzywną 1500 zł. Odwołanie do Województwa odpowiednio umotywowane i wyjaśnione nie zmieniło orzeczenia Powiatu, ale dodatkowo jeszcze mnie obciążono kosztami postępowania drugiej instancji. Ostatecznie musiałem zapłacić grzywnę. Od tego czasu zaniechaliśmy odprawiać doroczną Mszę św. w Łazach na parceli budowlanej. Po niedługim czasie żałośnie wyglądał plac budowy. Jedynie częściowo drzewo zdołaliśmy należycie zabezpieczyć, reszta zaś – rozpoczęte mury, zgromadzona cegła – mimo nakrycia, które wiatr często zrywał, ulegały coraz większemu zniszczeniu. Po kilku latach wszystko wyglądało, jak ruiny spalonej budowli. W tym czasie zwracaliśmy się z prośbą do różnych władz z prośbą o zezwolenie na dokończenie budowy. W rezultacie jako odpowiedź na te wszystkie nasze usiłowania otrzymaliśmy z Warszawy z Urzędu do Spraw Wyznań decyzję przejęcia na Skarb Państwa parceli budowlanej razem z dwoma innymi. Nr parceli 1169, 1163 i 56. Decyzja została wydana 10. listopada 1965 r. Po ludzku sądząc zgasła wszelka nadzieja, by kiedykolwiek w Łazach powstał kościół. Dokument o przejęciu na Skarb Państwa parceli budowlanej nadszedł do Geodezji do Bielska. Urzędnik kompetentny, który ten dokument otrzymał, widocznie dobry katolik, oświadczył mi, że nie chce tego rabunku brać na swoje sumienie i dlatego nie uczyni żadnej wzmianki w księdze wieczystej, ale dokument złoży do akt.

     Tymczasem nie ustawała modlitwa w intencji budowy kościoła przez grupę głęboko wierzących parafian. Również w tej intencji niektórzy chorzy ofiarowali swe cierpienia. Mijały lata a materiał coraz bardziej niszczał razem z rozpoczętymi murami i fundamentami. Wszystko to porastało mchem, chwastami, krzakami bzu. Przechodząc nieraz koło tych ruin, zwłaszcza z pogrzebem, doznawaliśmy wyrzutów, że nie jesteśmy godni, aby w Łazach stanął kościół. Na skutek postępującej laicyzacji parafianie w Łazach stawali się coraz gorsi. Starsi głęboko wierzący chodzili od czasu do czasu do kościoła, gdzie mogli, a więc do Grodźca, do Jasienicy, Rudzicy czy Bielowicka. Wszędzie było daleko i droga bardzo uciążliwa, a w zimie lub w czasie długich deszczy nie do przebycia. Młodzi na ogół przestali chodzić do kościoła. Za to pijaństwo i chuligaństwo coraz bardziej się rozwijało. Widząc obojętność religijną sekciarze zaczęli tam uprawiać swoją działalność, chcąc całą wioskę pozyskać dla swych błędów. Aby temu zapobiec rozpocząłem od 1968 roku od Drugiego Święta Wielkanocy odprawiać Mszę św. w każdą niedzielę i święto na cmentarzu. Większa część tamtejszych parafian brała udział w tej Mszy św., niektórzy pozostali obojętni, a jeszcze inni, bardzo nieliczni nawet szydzili z tych nabożeństw, zwłaszcza gdy one odbywały się w czasie niepogody. Na ścianie kostnicy został usytuowany ołtarz, nakryty dachem, prze ołtarzem dla starszych przygotowane były ławy. Kostnica służyła za zakrystię. Tam też odbywały się spowiedzi. Aby była dobra słyszalność zamontowaliśmy głośniki. W czasie pogody nabożeństwa te miały charakter nastrojowy. Często w czasie tych Mszy św. pod gołym niebem modliliśmy się gorąco do Boga o pomoc w naszej niedoli, prosząc Go o cud, abyśmy mogli przystąpić do budowy kościoła. Nabożeństwa odbywały się regularnie do czwartej niedzieli Adwentu. Również pogrzeby były odprawiane ze Mszą św. na cmentarzu. W zimie byłą przerwa aż do Wielkanocy. Od września otworzyliśmy w kostnicy punkt katechetyczny dla dzieci najmłodszych od 1 – 4 klasy, razem było 32 dzieci.

     W pierwszy piątek lutego 1969 r. otrzymałem telefoniczne wezwanie w godzinach południowych do Ks. Biskupa na sobotę, tj. na dzień następny. Takie nagłe wezwanie bez podania powodów wzbudziło we mnie niepokój. Po nieprzespanej nocy pojechałem przy odwilżonej pogodzie do Katowic. Zostałem skierowany do Ks. Biskupa Ordynariusza Benorza. Tam już oczekiwał w tej samej sprawie drugi ksiądz mianowicie Ks. Pietrucha. Ks. Biskup wezwał nas na rozmowę, w czasie której dowiedzieliśmy się, że Wojewódzki Wydział do Spraw Wyznań wyraził zgodę, że można czynić starania na budowę kościoła w Łazach oraz na rozbudowę małego kościoła w Piekarach w dzielnicy „Józefka”, gdzie duszpasterzował wspomniany Ks. Pietrucha. Ks. Biskup był zdania, że należy skorzystać z tej okazji, bo inaczej nie otrzymamy żadnego zezwolenia na budowę nowych kościołów, które są bardzo potrzebne. Ks. Biskup prosił mnie, abym na piśmie zapoznał go z dotychczasowym stanem budowy i rozpoczął starania o dalszą budowę. Jeszcze w lutym zwołałem zebranie najbardziej zainteresowanych parafian do kostnicy, którą nazwaliśmy salką parafialną. Radość z tej wiadomości, że będziemy mogli budować kościół była wielka, ale przez ogół parafian przyjęta była z niedowierzaniem, bo tyle razy i tak długo budowano ten kościół, a zawsze wszystkie wysiłki szły na marne.

     Trudności wprost niepokonane powstały zaraz na początku. Nie wiadomo było w jaki sposób przystąpić do starań o uzyskanie zezwolenia na budowę. Nikt nie wiedział i nikt nie umiał doradzić, bo to był przypadek wyjątkowy. Zebrałem więc istniejącą dokumentację przedwojenną, oczywiście była ona tylko fragmentaryczna, gdyż inne były wówczas przepisy budowlane, następnie zrobiłem zdjęcia z dotychczasowej budowy i złożyłem w Wojewódzkim Wydziale Budownictwa. Po długim czekaniu otrzymałem odpowiedź, że należy przeprowadzić przez uprawionych specjalistów badania terenu i stan fundamentów. Ekspertyzę przeprowadzili inż. Branny Jerzy z Goleszowa i inż. Mazurski ze Skoczowa, bardzo dokładnie i rygorystycznie. Wydali wprawdzie ocenę pozytywną, ale ustnie mi oświadczyli, że fundamenty muszą być rozebrane, gdyż są poważnie nadwątlone. Na tej podstawie można teraz było przystąpić do opracowania dokumentacji mającego powstać kościoła. Bardzo trudno było znaleźć takiego architekta, który by się tego podjął. Z jednej strony mało było architektów upoważnionych do tego rodzajów spraw, a z drugiej strony każdy z nich był zajęty terminową dodatkową pracą dobrze płatną. Również nikomu z nich nie zależało narażać się biorąc pracę z dziedziny sakralnej.

     Po długich poszukiwaniach przy pomocy Ks. Henryka Stypy proboszcza z Ogrodzonej znalazłem p. inż. Karola Kozła, Kierownika Miastoprojektu w Cieszynie. Początkowo odmówił przytłoczony nawałem różnorodnej pracy. Ciągłe jednak naleganie sprawiło, że zaczął się interesować tą sprawą i po pewnym czasie zgodził się dokumentację wykonać. Należy dodać, że p. inż. Kozieł był ewangelikiem. To wielkie zaufanie, jakie w nim pokładałem, również i pewien wpływ żony jego, która była katoliczką, należy tłumaczyć, że podjął się tej pracy. Dokumentację opracowywał przez trzy miesiące. Po jej ukończeniu niezwłocznie złożyłem ją w Wojewódzkim Wydziale Budownictwa i tam przechodziła kilka etapów badań i rozważań.

     Tymczasem w parafii rozwijałem akcję ofiarności na mający powstać w Łazach (kościół). Rozpisałem deklarację dla każdej rodziny i każdego pracującego sugerując do złożenia ofiarę 1000 zł. Deklaracje rozprowadzili księża osobiście w towarzystwie członków Rady Parafialnej. Chodziliśmy w niedzielę 29. czerwca 1969 w Łazach (…). Poniedziałek dnia 30. VI Biery (…). Wtorek dnia 1. lipca Świętoszówka (…). W niedzielę 6. lipca Grodziec (…). Naogół wrażenie odnieśliśmy dobre, tu i ówdzie były pewne wymówki. Jednostki tylko oświadczyły, że nic nie dają. Niektórzy zadeklarowali a później też się nie wywiązali. Wszyscy, którzy deklaracje przyjęli zostali wpisani do księgi pamiątkowej na wieczne czasy. Każda wioska ma swoją książkę, gdzie figurują wszyscy ofiarodawcy. Niektórzy zaraz złożyli deklarowaną kwotę, inni co miesiąc na raty rozłożyli sobie wyznaczoną kwotę.
Tego rodzaju akcja była bardzo potrzebna z braku wszelkich funduszy, ale z drugiej strony była ogromnym ryzykiem. Raz bo niezgodna z przepisami państwowymi, odbywała się bez zgody władz powiatowych, a po drugie droga do zezwolenia na budowę była daleka a zwłaszcza niepewna. Dzień i nic trapiły mnie wątpliwości czy zezwolenie uzyskamy, bo sprawa z nim związana stała w miejscu. Bez przerwy jeździłem do Województwa, by się dowiedzieć, co się dzieje z dokumentacją tam złożoną a zarazem przynaglać jej załatwienie. Nieraz taki wyjazd był daremny napotykając na nieprzychylne nastawienie urzędników. Powstałe trudności jeszcze bardziej zmobilizowały nas do gorącej modlitwy o pomoc Bożą w uzyskaniu zezwolenia na budowę.

     W sierpniu nadeszła wiadomość, że Województwo cofnęło decyzję, którą otrzymał Ks. Pietrucha w tym samym dniu, co ja, do robienia starań o zezwolenie na budowę kościoła w Piekarach w dzielnicy „Józefa”. To mocno podcięło naszą nadzieję, ale nie załamaliśmy się. Modliliśmy się do Matki Najśw., do bł. o. Maksymiliana, do o. Pio, do św. Józefa. Często przed Najśw. Sakramentem przedstawialiśmy P. Jezusowi nasze strapienie. Nie czekając na formalne zezwolenie gromadziłem materiał. Można powiedzieć, że wprost w cudowny sposób zdołałem nabyć 100 tys. cegły z pobliskich cegielni Nierodzim i Strumień. Cegła była na przydział, nawet instytucje państwowe miały wielkie trudności w jej nabyciu. Pan Bóg tak dziwnie pokierował, że taką wielką ilość potrafiłem nabyć zupełnie legalnie, bez żadnych łapówek. Sprowadziłem też parę ton wapna, które zlasowaliśmy. Żyłem jednak w niepewności i oczekiwaniu, co to będzie jak, nie otrzymamy zezwolenia. Nadmiar złego niestety znaleźli się ludzie w Łazach, którzy się naśmiewali i szydzili z naszych poczynań i prorokowali, że kościoła w Łazach nie zdołamy wybudować. Jakby natchniony od Boga nie założyłem żadnego Komitetu Budowy, ale sam wszystko prowadziłem i załatwiałem, to okazało się zbawienne, gdyż ie powstały żadne kłótnie ani nieporozumienia pomiędzy parafianami. Ciągle podkreślałem i wyjaśniałem wszyscy budujemy kościół, a ja tylko przewodniczę. Wziąłem sobie tylko jednego do pomocy zaufanego p. Franciszka Ochodka 70-letniego rencistę, który na miejscu budowy dozorował i w mojej nieobecności pracami kierował, dając przykład ogromnego poświęcenia i oddania dla tak wielkiej sprawy, jaką jest kościół. Tymczasem płynęły tygodnie, a zezwolenia nie było. Nie ustawaliśmy na modlitwie, znalazło się grono osób, które bez przerwy się modliły w tej intencji. Gdy sprawa wydawała się już być na ukończeniu, gdzieś plany zaginęły w Województwie. Trzeba było znowu szturmować, nalegać i prosić, aż się odnalazły. Po przebyciu wszystkich szczebli dokumentacja była gotowa do zatwierdzenia, ale do tego było jeszcze potrzeba zgody Wojewódzkiej Komendy Straży Pożarnej. Pomimo zgody Władz Budowlanych na potwierdzenie naszej dokumentacji nie zgodziła się Komenda Straży Pożarnej. Wypływało to ze złośliwości zastępcy Komendanta, który był przeciwnikiem wszelkiej budowy kościołów. Wydał na piśmie orzeczenie, że na przedstawioną dokumentację się nie zgadza, gdyż ze względu na bezpieczeństwo kościół może być tylko żel-betonowy. Z tego to powodu Wydział Architektury nie mógł planów zatwierdzić. Radzono mi ponownie udać się do Komendy Straży o zmianę decyzji. Udałem się do samego Komendanta, który był trochę lepszego usposobienia. Po dłuższych wyjaśnieniach, zdołałem go przekonać, jak to jasno wynikało z dokumentacji, że w czasie ewentualnego pożaru dachu wnętrze kościoła jest dostatecznie zabezpieczone przed ogniem żel-betonowym sklepieniem. Komendant musiał wpłynąć na swego zastępcę, aby pismo, które przed godziną wydał, obecnie anulował i wydał nową pozytywną ocenę. Zastępca nie chciał się na to zgodzić i znowu ważyły się losy. Wreszcie Komendant po ożywionej dyskusji powiedział: proszę to pismo wydać na moją odpowiedzialność. Wówczas dopiero zastępca ustąpił i zredagował nowe pismo, które sekretarka zaraz napisała i po jego podpisie mi wręczyła. Byłem szczęśliwy. Czym prędzej biegłem do Województwa, aby jeszcze prze 15tą złożyć to ważne pismo razem z gotową dokumentacją w odpowiednim biurze. Urzędujący tam inżynier oświadczył mi, że wszystko jest już w komplecie, za tydzień można się zgłosić po odbiór dokumentacji. Za tydzień pojechałem do Województwa i zgłosiłem się w wyznaczonej kancelarii. Gdy oświadczyłem inżynierowi, z którym przed tygodniem rozmawiałem, że przyjechałem po odbiór dokumentacji, usłyszałem słowa: „ja pana nie znam, proszę opuścić pokój, bo nie mam czasu z panem rozmawiać”. Nogi mi się zatrzęsły, wyszedłem i nie wiedziałem, co mam robić. Chodziłem po korytarzach i rozmyślałem, co począć. Widząc mnie woźny, który kilkakrotnie mnie spotkał, zapytał mnie, na co czekam. Wszystko mu odpowiedziałem i jak mnie spotkała niespodzianka. Będąc człowiekiem dobrym i wierzący przyrzekł mi woźny, że całą sprawę zbada i powie mi jak ona aktualnie wygląda. Po kwadransie wychodzi z kancelarii, z której mnie wypędzono z miną zadowoloną o oświadcza mi, że wszystko jest na dobrej drodze. Dokumentacja przeszła już przez wszystkie instancje z pozytywną oceną. Pismo końcowe też już jest zredagowane, trzeba go tylko puścić na maszynę w Sekretariacie. Sam się zobowiązał to załatwić. Najgorsza sprawa to podpis naczelnego inżyniera, który na kilka dnia miał wyjechać do Warszawy na delegację. Po krótkim czasie wybadał woźny, że ten inżynier wyjeżdża dzisiaj wieczorem, a obecnie jest bardzo zajęty. W napięciu wielkim oczekiwałem parę godzin na podpisanie dokumentacji przez naczelnego inżyniera. Nieraz się zdarza, że naczelny inżynier cofa opracowaną dokumentację do ponownego rozpatrzenia, a jeśli chodzi o sprawę sakralną, to tym bardziej może mieć to miejsce. Woźny jednak mnie pocieszał, że są dzisiaj sprzyjające okoliczności. Z jednej strony wielka ilość różnych spraw do podpisu, a z drugiej strony pośpiech inżyniera naczelnego wybierającego się do wyjazdu i na pewno nie będzie wszystko drobnostkowo badał. Woźny miał słuszność – dokumentacja została bez zastrzeżeń podpisana. Na usilną prośbę otrzymałem ją osobiście zamiast drogą urzędową przez Powiatową Architekturę.

     Gdy woźny skończył urzędowanie w zaufaniu opowiedział mi historię załatwiania spraw związanych z budownictwem sakralnym. Utrudnia się wydawanie zezwoleń, odwleka się w nieskończoność, choć wszystko jest jasne i oczywiste. Każda sprawa musi przejść przez różne instancje. Każda instytucja z osobna zwraca się o opinię do Wydziału do Spraw Wyznań zanim załatwi to, co do niej zależy. Każdej chwili sprawa może być negatywnie załatwiona bez podania uzasadnienia, nawet w końcowej fazie, gdy wszystko zastało już zbadane, jeśli to nie jest po myśli naczelnego inżyniera, względnie kierownika Wydziału do Spraw Wyznań.

     Pamiętnym dniem w którym otrzymaliśmy zatwierdzoną dokumentację był czwartek 16. października 1969 roku. Jeszcze drobne formalności czekały do załatwienia w Powiecie i można przystąpić do pracy. Tu nowe trudności się pojawiły. Okazało się, że założone stare fundamenty absolutnie nie nadają się pod nową budowlę. Częściowo trzeba było je rozebrać, a następnie założyć ramy żelbetonowe. Była to ogromnie uciążliwa praca wykuwać w kamiennych fundamentach aż do dna szczeliny na 1 m szerokie. Po zrobieniu tego nastąpił pierwszy etap bardzo ważnej pracy. Mianowicie założenie żelbetonowych ram biegnących od podstawy fundamentów, gdzie otrzymały specjalne stopy, na wysokość stropu. Pracę tę wykonaliśmy w ostatnich dniach listopada przy opadach mokrego śniegu. Od następnego dnia rozpoczęła się ostra zima i wszelkie prace zostały przerwane. Ramy były odeskowane, więc im mróz nic nie zaszkodził. Tym sukcesem zakończyliśmy rok 1969. Teraz rozpoczęła się krzątanina za drzewem, które nabyłem w Brennej, za cementem, żelazem, żwirem, wszystkiego było we wielkiej ilości. W czasie zimy chodziłem za murarzami, których nie można było znaleźć. Po długich targach zdołałem zaangażować Stanisława Chrapkiewicza z Jasienicy dobrego murarza. Zwolnił się we firmie, gdzie pracował i został zatrudniony u nas z dniem 1.VI 1970. Również po długich oporach zdołaliśmy zdobyć drugiego mistrza murarskiego, będącego już na rencie Alojzego Kotasa z Rudzicy. Obaj byli bardzo dobrzy fachowcy. Pracę rozpoczęliśmy od rozbiórki istniejących murów, zgniłych i zmurszałych fundamentów. To ściągnęło na nas burzę malkontentów, którzy krytykowali, że zamiast budować, to burzymy i unicestwiamy, co zostało już zrobione. Wielką było dla nas radością, gdyśmy mogli już pierwsze cegły układać na fundamentach. Aby sobie pracę ułatwić zdołaliśmy wczesną wiosną wypożyczyć gratisowo za pośrednictwem p. Józefa Gańczarczyka kolejarza betoniarkę o wielkiej pojemności oraz wyciąg elektryczny. Jeszcze jesienią 1969 r sprowadziłem prąd na plac kościelny, który nam oddał nieocenione korzyści. Mury rosły powoli ale stale. Jedynie wskutek deszczowej pogody pracę przerywaliśmy. Wielką bolączką naszą było to, że nie mieliśmy na miejscu wody, trzeba ją było dowozić beczkowozami. Odczuwaliśmy wielki brak rąk do pracy. Ciągle trzeba było prosić i błagać, aby parafianie przychodzili do pomocy. \były dni, kiedy więcej przyszło, ale często było bardzo mało, a  nawet nikogo poza mną, a trzeba było na bieżąco obsługiwać murarzy, donosić cegłę. Całodzienna i codzienna ciężka praca na budowie bardzo mnie osłabiała. Nadto co niedzielę wyjeżdżałem do obcych parafii z kazaniami, by uprosić jakąś ofiarę na budowę kościoła. W większości niechętnie mnie przyjmowali konfratrzy, bo każda parafia miała swoje potrzeby a nieraz przeprowadzała większe inwestycje. Były także parafie, które w ogóle mnie nie przyjęły. (…) Zapomoga z Kurii Diecezjalnej była bardzo mała i dlatego było trzeba na miejscu wszystkimi siłami starać się o zdobycie funduszy. (…)

     W czasie budowy ani na chwilę nie opuszczały nas różne troski i kłopoty. Jedyną ostoją była modlitwa, którą bez przerwy zanosiliśmy do Boga o Błogosławieństwo i Pomoc przy pracy, o opiekę przed nieszczęśliwym wypadkiem. i nie zawiedliśmy się, bo namacalnie odczuwaliśmy Rękę Bożą czuwającą nad nami. Budowa rosła i doczekaliśmy się chwili, gdy wszystko było już gotowe, by zabetonować wieniec a następnie strop. Przy betonowaniu wieńca posługiwaliśmy się dźwigiem sprowadzonym specjalnie z budowy fabryki w Wapienicy. Również po kilkunastu dniach betonowanie stropu miało przebieg bardzo pomyślny, bo na tę robotę zdołaliśmy zdobyć koło 50 ludzi, silnych i zgrabnych, tak że od rana do godziny 17ej cały strop został zabetonowany. Było to coś imponującego. Teraz przez tydzień było trzeba kilkakrotnie polewać wodą powierzchnię betonową, aby nie popękała od słońca.
    W tym czasie dalsze prace murarskie chwilowo wstrzymaliśmy. Po tygodniu przystąpiliśmy do budowy wieży nad stropem. Praca murarska była dość skomplikowana i co parę metrów trzeba było robić strop wewnątrz wieży. Mistrz murarski Alojzy Kotas z powodu zawrotów głowy nie chciał na takiej wysokości pracować i dlatego pozostał tylko murarz Stanisław Chrapkiewicz. Przed zbudowaniem ostatniej kondygnacji wieży było trzeba pomyśleć o wyciągnięciu dzwonu. To trudne i ryzykowne przedsięwzięcie przeprowadziliśmy na własną rękę na linie stalowej za pomocą ręcznej korby. Dzwon został przywieziony z kościoła parafialnego, w którym w czasie okupacji spełniał swoją funkcję. Po nabyciu nowych dzwonów do kościoła parafialnego ten dzwon był już niepotrzebny.

     Gdy prace murarskie przy wieży dobiegły końca, było trzeba pomyśleć o specjalnym rusztowaniu dla całej wieży, aby można wyciągnąć konstrukcję drewnianą na jej zakończenie i pokryć następnie ją blachą. Rusztowanie zostało wypożyczone z rurek żelaznych od firmy Karola Słowika z Ochab. Więźbę wieży zrobili specjaliści cieśle Orszulik Stanisław i Staniek Józef z Schab. Było ich trzeba codziennie przywozić samochodem. Pracę tę wykonywali po swojej skończonej pracy w firmie. Ci sami też cieśle przed tym przygotowali krężyny i deskowanie na strop i wieniec oraz ramy żelbetonowe. Ze swych zadań wywiązali się znakomicie. Również po mistrzowsku wykonali zbrojenie całego stropu kościoła oraz prezbiterium znakomici zbrojarze, których codziennie po południu przywoziłem z Wapienicy, gdzie pracowali przy budowie fabryki elementów ściernych. Prace blacharskie i dekarskie wykanał blacharz Adolf Husar z Nierodzimia. Instalację elektryczną oraz odgromnikową przeprowadził Franciszek Pokusa z Jasienicy a wywodzący się z Łazów. Gdy kościół końcem września był już gotowy na surowo, było trzeba teraz myśleć o jego tynkowaniu wewnątrz i zewnątrz. Prace murarskie wykończeniowe musiały być zrobione dokładnie i starannie i dlatego były czasochłonne. Drzwi dębowe zrobił stolarz Alojzy Gruszka z Ochab zaś wszystkie drzwi z drzewa miękkiego stolarz Józef Pyka z Bier. W uroczystość Chrystusa Króla dnia 22. listopada 1970 odprawiłem pierwszą Mszę św. dziękczynną w nowym kościele, w którym nie było jeszcze posadzki, ołtarza i tabernakulum.

     Po zgłoszeniu, że kościół jest już gotowy, zjechała 17. grudnia specjalna komisja z Powiatu, składająca się z dziesięciu osób i dokonała bardzo szczegółowych badań i oględzin nowej budowli. W następstwie tego otrzymaliśmy decyzję dnia 22. XII 1970, która była pozwoleniem na użytkowanie kościoła. (…)
    W czasie zimy prace wykończeniowe posuwały się dalej. Na posadzkę sprowadziłem płytki z Kielc, zaś do prezbiterium terakotę. Płyta ołtarzowa pochodzi z kamieniołomów w Jędrzejowie. Została ona obrobiona razem z podstawą w kamieniołomie w Brennej. Tabernakulum wykonała firma Dziaczko z Katowic. Krzyż w prezbiterium, znajdował się na probostwie, został odnowiony i zawieszony w prezbiterium. Szafę i komodę na parlamenty wykonał stolarz Alojzy Gruszka z Ochab. Figurę św. Józefa Robotnika nabyłem w Częstochowie w Ars Catholica.
    Poświęcenie kościoła i konsekrację wyznaczył Ks. Biskup Ordynariusz na Drugie Święto Wielkanocy 12 kwietnia 1971 na godzinę 3cią po południu. Zaś w środę 7. kwietnia przyjechał Delegat Ks. Biskupa Ks. dr Romuald Rak, przywiózł relikwie świętych męczenników świętych: Felicjana i Rogdłusa, które w czasie konsekracji będą umieszczone w ołtarzu, poświęcił wodę, figurę św. Józefa, odprawił Mszę św. o godzinie 5tej wieczorem, w czasie której wygłosił kazanie, przygotowując parafian na wielką uroczystość.
    Żyliśmy odtąd bezpośrednim przygotowaniem na tę wielką uroczystość prosząc Boga o pogodę. Kościół został udekorowany wewnątrz bardzo gustownie, zaś w pierwsze święto po południu udekorowaliśmy wieżę oraz cały plac kościelny flagami i transparentem: „Jakże miłe są Przybytki Twoje, Panie”. Nadto zradiofonizowaliśmy otoczenie kościoła.
    Pan Bóg dał dosyć dobrą pogodę. Było sucho i to było najważniejsze. Nieco zimny wiatr dawał się we znaki. Już zaraz po południu zaczęli napływać wierni z różnych miejscowości i bardzo wiele zjeżdżało samochodów. Zgromadziło się ponad 5 tysięcy ludzi i 30 księży. Dla księży ten dzień nie był bardzo dogodny z uwagi na odbywające się w wielu parafiach śluby, a nadto były też prymicje w dekanacie czechowickim.
    Punktualnie o 3ciej przyjechał Ks. Biskup Ordynariusz Herbert Bednarz. Wita go przed kościołem orkiestra, dziewczynka, a następnie ja i przedstawiam mu krótko historię budowy kościoła. Zgromadzone rzesze stały jak wryte, gdyż każdy słyszał wszystko dzięki dobrze działającej radiofonizacji. Rozpoczyna się procesja do salki po relikwie, które tam zostały umieszczone, a następnie poświęcenie kościoła i konsekracja ołtarza. Wszyscy obecni w czasie tych ceremonii znajdują się na zewnątrz. Na mszę św., która nastąpiła po wszystkich ceremoniach, koło tysiąca ludzi dostało się do kościoła. Mszę św. celebrował Ks. Biskup i wygłosił kazanie. Po Mszy św. złożyłem Ks. Biskupowi podziękowanie za przybycie i poświęcenie kościoła, a nadto księżom i wiernym za udział w tej uroczystości. Całość wypadła wspaniale i podniośle. Kolacja odbyła się na probostwie, na którą przybył Ks. Biskup i 20 księży. Niedługo po tym, bo 23 maja 1971 w nowowybudowanym kościele odprawił sumę i wygłosił kazanie z okazji wizytacji i bierzmowania Ks. Biskup Józef Kurpas.
    Znając wszelkie trudności, jakie piętrzyły się na drodze, aby uzyskać zezwolenie na budowę, a następnie trudności przy samej budowie, mogę tylko jedno stwierdzić: Pan Bóg chciał, aby w Łazach kościół powstał i On to dokonał, że kościół ten został zbudowany.